17 grudnia 2005 był dniem eskalacji uczuć do rasy Tosa Inu. Po długich rozważaniach, wertowaniu stron internetowych , wypytywania właścicieli psów tej rasy oraz zamęczaniu rozmowami Emilii (Hodowla Tosa 4 Ever) i Jacka (Hodowla od Janusów) zapadła decyzja… JEDZIEMY PO SZCZENIAKA!!!! Długi czas spędziłam na oglądaniu stron hodowli, telefonach do Hodowców, słuchaniu opinii innych posiadaczy Tosa. Dogłębna analiza wszystkich informacji oraz to, co popularnie nazywa się „szóstym zmysłem” pomogła mi w wyborze hodowli, która odpowiadała moim wymaganiom.
Była 6.00 rano w sobotę, 17 grudnia 2005, kiedy ruszyliśmy po nasze psiątko przy minus 20 stopniach Celsjusza i ślizgawicy na drogach. Było straszliwie zimno, ale nas ogrzewała świadomość, że gdzieś tam daleko czeka na nas nasza najgorętsza miłość, nasze kochane szczeniątko.
Droga minęła nam na rozważaniu, czy to co przeczytaliśmy, czego dowiedzieliśmy się od innych osób i to, co podpowiadało nam przeczucie, spełni się. Przez całe nasze życie, począwszy od lat dziecięcych, towarzyszyły nam psy. Trafiały do nas w różnych okolicznościach: znalezione w lesie, przygarnięte z ulicy czy adoptowane ze schroniska. Teraz jechaliśmy po psa, który miał być naszym pierwszym rasowym psem. Opis psychiki Tosa Inu pasował nam w 100%. Przed oczyma mieliśmy naszą netową miłość – Toshi (IKKA od Janusów), a w głowach mętlik. I dręczące nas jedno pytanie: czy teoria sprawdzi się w realu? Czy nie okaże się, że to co wyobrażaliśmy sobie na bazie posiadanych informacji nie okaże się czczą mrzonką?
Na takich przemyśleniach i rozważaniach minęła nam długa i miejscami niebezpieczna droga. Weszliśmy do hodowli. Długo rozmawialiśmy z Miłką, Żoną Jacka (który w tym czasie był w drodze do Francji po AI-SHO du Center Club Moloss Wolf). Potem przesympatyczna Gospodyni zaprezentowała nam dorosłe Tosa. Było to nasze pierwsze spotkanie z tą rasą oko w oko. Byliśmy pod wielkim wrażeniem. Zafascynował nas nie tylko wygląd, ale również zachowanie psów i majestat jaki od nich bił. A potem… Miłka otworzyła PUSZKĘ PANDORY i do salonu wpadło dziesięć diablątek. Dostaliśmy oczopląsu! Wszystkie były cudowne, wspaniałe i całuśne, jednak… serducho najmocniej nam biło do takiego jednego stworka z białą skarpetą na lewej łapie i białą strzałką na pycholku. To ją wypatrzyliśmy wcześniej na stronie hodowli i konfrontacja z rzeczywistością potwierdziła nasz wybór.
I tak, po kilku godzinach spędzonych w hodowli „od Janusów” , wracaliśmy do domu pełni szczęścia z psią kruszyną, która słodko drzemała całą drogę do nowego domu, zwinięta w kłębuszek na naszych kolanach.





